Islandia poza utartym szlakiem: parujące doliny i ukryte wodospady

0
1
Rate this post

Spis Treści:

Islandia poza utartym szlakiem – jak czytać mapę parujących dolin i dzikich wodospadów

Islandia kojarzy się z Złotym Kręgiem, Błękitną Laguną i tłumami przy Seljalandsfoss. Tymczasem prawdziwe piękno wyspy często kryje się kilka kilometrów dalej od parkingu i poza największymi atrakcjami z folderów biur podróży. Parujące doliny, nieoznaczone na masowych mapach gorące rzeki, wodospady bez barierek – to wszystko jest w zasięgu ręki, o ile podejdzie się do planowania trasy i bezpieczeństwa z głową.

Wyjazd „poza utarty szlak” w Islandii nie oznacza chaosu czy brawury. To świadome wybieranie miejsc, w których można zostać sam na sam z krajobrazem, przy jednoczesnym szacunku dla przyrody i lokalnych zasad. Zamiast ścigać wszystkie punkty z Instagrama, lepiej ograniczyć listę i dać sobie czas na jedną dolinę czy dolinę z parującymi źródłami, gdzie można spędzić pół dnia, a nie 15 minut.

Przy eksplorowaniu mniej znanych dolin i ukrytych wodospadów w Islandii kluczowe są trzy rzeczy: logistyka dojazdu, rozsądna ocena trasy pieszej oraz świadome korzystanie z ciepłych źródeł. Poniżej zestaw konkretnych miejsc, strategii i wskazówek, dzięki którym zwiedzanie Islandii poza utartym szlakiem stanie się realnym planem, a nie tylko marzeniem.

Jak planować Islandię poza utartym szlakiem

Dobór regionu – gdzie szukać spokojniejszych zakątków

Wybór regionu to pierwsze sito, które pozwala odsiać najbardziej zatłoczone miejsca. Złoty Krąg, południowe wybrzeże między Reykjavíkiem a Vik oraz fragment trasy przy lagunie Jökulsárlón są piękne, ale też najbardziej oblegane. Szukając parujących dolin i ukrytych wodospadów, lepiej skierować się nieco dalej.

Stosunkowo spokojne, a jednocześnie niezwykle malownicze obszary to:

  • Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) – królestwo stromych klifów, kaskadowych wodospadów i dróg, na których można godzinę nie minąć żadnego auta.
  • Północna Islandia – okolice Akureyri, dolina Skagafjörður, obszary na północ od jeziora Mývatn, z licznymi, mniej znanymi wodospadami.
  • Wschodnia Islandia – doliny fiordów, jak Seyðisfjörður czy Borgarfjörður Eystri, gdzie łatwo znaleźć samotne szlaki i gorące źródła bez infrastruktury masowej.
  • Islandzki interior (wyżyna) – krainy takie jak Kerlingarfjöll, Landmannalaugar czy dolina Þórsmörk, dostępne zwykle tylko latem i wymagające większej przygotowanej logistyki.

Nie trzeba unikać znanych regionów całkowicie, ale wystarczy przesunąć się o kilkanaście–kilkadziesiąt kilometrów od głównych punktów, aby krajobraz uspokoił się razem z ruchem turystycznym.

Sezon i pogoda – kiedy łatwiej uciec od tłumów

Parujące doliny i ukryte wodospady są dostępne przez większą część roku, ale charakter wyprawy mocno zmienia się w zależności od sezonu. Lato (czerwiec–sierpień) oferuje długie dni, łatwy dostęp do górskich F-drógi oraz sporo otwartych szlaków. Z drugiej strony to czas największej liczby turystów – choć i tak wystarczy ruszyć w mniej znany rejon, by szybko zostać samemu na szlaku.

Wiosna i jesień (maj, wrzesień, początek października) to świetny kompromis. Dni są krótsze, ale wciąż wystarczająco długie na całodniowe trekkingi. Temperatury są niższe, za to światło bardziej miękkie, a parujące doliny i kłęby geotermalnej mgły na tle brązów i czerwieni islandzkich gór tworzą wyjątkowy nastrój.

Zimą wiele szlaków i górskich dróg jest zamkniętych, ale niektóre doliny z gorącymi źródłami są dostępne i wyjątkowo malownicze w śniegu. Wymaga to jednak doświadczenia zimowego, monitorowania lawin i korzystania z lokalnych komunikatów drogowych.

Bezpieczeństwo i infrastruktura – jak nie wpaść w kłopoty

Islandia poza utartym szlakiem jest piękna, lecz bywa surowa. Zmiany pogody, rzeki bez mostów, brak zasięgu – wszystko to trzeba brać na poważnie. W praktyce oznacza to kilka żelaznych zasad:

  • Sprawdzanie komunikatów – serwisy vedur.is (pogoda) i road.is (stan dróg) to minimum przed każdym wyjazdem w dzikszą dolinę.
  • Plan B – zawsze warto mieć alternatywną trasę na wypadek zamknięcia drogi, gwałtownego załamania pogody lub zbyt wysokiego poziomu rzek.
  • Rejestrowanie planu trasy – narzędzia typu safetravel.is pozwalają zostawić informacje o swoim planie i przewidywanym czasie powrotu.
  • Szacunek do oznaczeń – gdy szlak jest zamknięty, ogrodzony lub wyraźnie odradzany przez służby, warto przyjąć to do wiadomości, a nie traktować jako „wyzwanie”.

W artykule pojawia się wiele miejsc, w których przyroda wciąż dominuje nad infrastrukturą. To ogromny atut Islandii, ale też jasny sygnał, żeby nie liczyć na bar z zupą i ciepłą toaletę na końcu każdej doliny.

Parujące doliny: gdzie szukać geotermalnych cudów bez tłumów

Reykjadalur i alternatywy – gorąca rzeka blisko Reykjavíku

Reykjadalur, czyli „dolina pary”, to jedno z najbardziej znanych miejsc z naturalną, gorącą rzeką, do której można wejść jak do gigantycznej, kamiennej wanny. Szlak zaczyna się w miejscowości Hveragerði, około 40 minut jazdy od Reykjavíku. Sam trekking zajmuje zwykle 45–70 minut w jedną stronę, w zależności od tempa.

Choć Reykjadalur nie jest już „ukrytym” miejscem, wciąż można tam doświadczyć atmosfery dzikiej doliny, zwłaszcza wcześnie rano lub późnym wieczorem. Ścieżka prowadzi wśród fumaroli, bulgoczących błotnych kałuż i parujących źródeł – warto poświęcić czas na zatrzymywanie się, a nie tylko pędzić do rzeki. Po drodze pojawiają się ostre podbiegi i odcinki wystawione na wiatr, dlatego dobre buty trekkingowe i wiatrówka to podstawa.

Jeśli celem jest bardziej kameralne doświadczenie, można rozważyć inne doliny geotermalne, np. mniejsze, słabiej oznaczone źródła w regionie południowym czy na Fiordach Zachodnich. Wiele z nich nie ma drewnianych kładek ani przebieralni, co dla niektórych będzie dodatkowym atutem autentyczności.

Kerlingarfjöll – labirynt pary i kolorowych gór

Kerlingarfjöll to jedno z najbardziej spektakularnych miejsc geotermalnych w interiorze. Położone przy górskiej drodze F35, łączy w sobie parujące doliny, kolorowe ryolitowe zbocza i śnieżne czapy, które nawet latem potrafią trzymać się w cieniu gór. To tutaj można przejść przez krajobraz, który wygląda jak połączenie Marsa i kuchni alchemika.

Szlaki w Kerlingarfjöll są różnej długości – od krótkich pętli po całodniowe trekkingi. W wielu miejscach kłęby pary unoszą się tuż obok ścieżki, a bulgoczące błotne gejzery kontrastują z jasnymi, siarkowymi skałami. Duża część trasy biegnie po grzbietach, gdzie wiatr jest silny, a ekspozycja na słońce – duża, dlatego potrzebne są warstwy ubrań i nakrycie głowy.

Do Kerlingarfjöll nie dojedzie zwykłe auto osobowe – potrzebny jest samochód 4×4 i umiejętność jazdy po szutrze oraz okazjonalnych przeprawach przez płytkie cieki wodne. Sezon jest krótki, zazwyczaj od końca czerwca do początku września, zależnie od zimy. Nagrodą są widoki i poczucie naprawdę odległej krainy, mimo że w środku lata pojawia się tu coraz więcej turystów. W porównaniu ze Złotym Kręgiem i tak wciąż jest to miejsce „poza głównym ruchem”.

Może zainteresuję cię też:  Wyspa Sable – ruchoma kraina wydm

Hveravellir – geotermalny przystanek na środku wyżyny

Hveravellir to geotermalny obszar położony na trasie F35, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy południem a północą wyspy. Historia tego miejsca sięga czasów dawnych banitów, którzy mieli się tu ukrywać przed prawem, korzystając z naturalnego ciepła źródeł.

Dziś Hveravellir łączy kilka funkcji: pole geotermalne z kolorowymi basenami i fumarolami, gorący basen do kąpieli na świeżym powietrzu, a także punkt noclegowy dla osób przemierzających interior. W odróżnieniu od Błękitnej Laguny klimat jest tutaj surowszy i mniej „spa”, bardziej „górski obóz na końcu świata”.

W ramach pieszych wędrówek można zrobić tu spokojną pętlę po polu geotermalnym, zaglądając do kolejnych parujących zakątków, albo potraktować Hveravellir jako bazę wypadową do dłuższych tras po wyżynie. Szczególnie efektownie wygląda to miejsce o zachodzie słońca czy w pochmurny dzień, kiedy para miesza się z niskimi chmurami.

Ukryte wodospady południowej Islandii

Kvernufoss – sąsiad giganta, który wciąż pozostaje spokojny

Seljalandsfoss zna niemal każdy, ale już o Kvernufoss słyszało znacznie mniej osób, mimo że dzieli je zaledwie kilka minut jazdy. Wodospad ukryty jest w wąskiej dolinie tuż za muzeum Skógar. Od niewielkiego parkingu prowadzi krótka ścieżka przecinająca łąkę, a następnie wchodząca w wąwóz.

Największą atrakcją Kvernufoss jest możliwość przejścia za ścianę wody, podobnie jak w przypadku Seljalandsfoss, ale w bardziej kameralnym otoczeniu. Wysoka, półkolista ściana skalna tworzy naturalny amfiteatr, a plusk wody odbija się echem w wąskiej dolinie. W słoneczne dni można liczyć na tęczę, w pochmurne – na surową, wręcz mroczną atmosferę.

Szlak jest stosunkowo łatwy, lecz w pobliżu wodospadu bywa ślisko. Trzeba liczyć się z zachlapaniem, dlatego przydaje się wodoodporna kurtka. Wczesne poranki i późne wieczory to najlepszy czas, aby mieć wąwóz (prawie) dla siebie, zwłaszcza w sezonie letnim.

Nauthúsagil – wąwóz, w którym wodospad trzeba „zdobyć”

Nauthúsagil to wąski wąwóz niedaleko wodospadu Seljalandsfoss, który oferuje zupełnie inne doświadczenie niż klasyczne punkty widokowe. Zamiast stania na platformie, trzeba wejść w głąb skalnego gardła, skacząc po głazach i brodząc w płytkim strumieniu. Nagrodą jest wysoki, ukryty wodospad na końcu wąwozu.

Wejście do Nauthúsagil nie jest trudne, ale w środku wąwozu przydają się buty, którym nie szkodzi woda, oraz chęć zaakceptowania mokrych nogawek. Nie ma tu barierek, a kamienie bywały wyślizgane, dlatego osoby o słabszym poczuciu równowagi powinny zachować szczególną ostrożność i nie pchać się na sam koniec na siłę.

W pogodny dzień wąwóz jest dość jasny, ale przy pochmurnym niebie i późną porą robi się mrocznie. Mimo to nawet krótki spacer kilkadziesiąt metrów w głąb doliny pozwala poczuć klimat „ukrytego świata”, którego nie widać z drogi.

Gljúfrabúi – wodospad za ścianą skał

Gljúfrabúi ukrywa się zaledwie kilkaset metrów od Seljalandsfoss, lecz wielu turystów nawet nie wie o jego istnieniu. Wysoki wodospad spływa do wnętrza skalnego cylindra, który z zewnątrz wygląda jak zwykła, porośnięta skała. Do środka prowadzi wąskie wejście, którym wchodzi się bezpośrednio do strumienia.

Wnętrze wąwozu jest wilgotne i głośne – huk wody odbija się od ścian, a mgła wodna szybko osiada na ubraniu i sprzęcie. To miejsce nie nadaje się dla osób, które chcą zostać całkiem suche, ale dla tych, którzy lubią bardziej „intensywne” doświadczenia przyrody, jest to wyjątkowy punkt. Przydatne są buty, które dobrze trzymają się mokrego kamienia, oraz wodoodporne etui na telefon czy aparat.

Wieczorem ruch przy Gljúfrabúi maleje, a gra światła wewnątrz wąwozu staje się bardziej dramatyczna. Warto zaplanować przynajmniej kilkanaście minut na samo wejście i wyjście, by nie robić wszystkiego w pośpiechu i dać oczom czas na przyzwyczajenie się do półmroku.

Północna Islandia: wodospady i doliny z dala od autokarów

Aldeyjarfoss – bazaltowa katedra nad wodą

Aldeyjarfoss, położony w górnym biegu rzeki Skjálfandafljót, to jeden z najbardziej fotogenicznych wodospadów północnej Islandii, a jednocześnie taki, do którego nie dociera jeszcze masowa turystyka autokarowa. Droga dojazdowa wymaga zwykle samochodu z napędem na cztery koła, zwłaszcza w końcowym odcinku.

Goðafoss od zaplecza – mniej oczywiste perspektywy

Goðafoss, nazywany „wodospadem bogów”, leży niemal przy samej drodze nr 1, więc większość odwiedzających zatrzymuje się na szybkie zdjęcie z głównej platformy widokowej. Tymczasem wokół wodospadu rozchodzi się kilka ścieżek, które pozwalają zobaczyć go z bardziej surowej, niemal pozbawionej infrastruktury strony.

Po przeciwnej stronie rzeki znajduje się mniej uczęszczana ścieżka prowadząca wzdłuż skalistego brzegu. Zamiast barierek i wytyczonych punktów widokowych pojawiają się tu naturalne „balkony” z zastygłej lawy. Rzeka Skjálfandafljót rozlewa się szerzej, a sam wodospad układa w kaskadę widoczną pod innym kątem niż od strony parkingu. Przy mokrym podłożu kamienie bywają śliskie, więc dystans, który na mapie wygląda na krótki, potrafi zająć dłuższą chwilę.

Warto podejść nieco dalej w dół rzeki, gdzie hałas wody słabnie, a wiatr niesie tylko szum potoku. W słabszym świetle, gdy większość autokarów jest już w drodze do Akureyri, ten fragment doliny staje się zaskakująco spokojny, mimo że od asfaltu dzieli go zaledwie kilka minut.

Kolugljúfur – kanion, który łatwo przeoczyć

Kolugljúfur to głęboki kanion w regionie Húnaþing, skrywający imponującą serię wodospadów rzeki Víðidalsá. Wielu kierowców mija zjazd z głównej drogi, nie zdając sobie sprawy, że kilkaset metrów dalej ziemia nagle „rozstępuje się”, odsłaniając skalne gardło z pieniącą się wodą.

Do kanionu prowadzi krótka droga szutrowa, dostępna zwykłym samochodem przy dobrych warunkach. Główne punkty widokowe znajdują się przy stalowym moście oraz na grzbiecie skalnym po obu stronach przepaści. Najciekawsze kadry uzyskuje się, schodząc delikatnie wzdłuż krawędzi (w granicach zdrowego rozsądku) i szukając własnej perspektywy, zamiast ograniczać się do jednego punktu.

Kolugljúfur nie ma rozbudowanej infrastruktury turystycznej. Brak barierek i bliskość stromych krawędzi oznacza, że to nie jest miejsce na bieganie z telefonem nad przepaścią. Przy silnym wietrze lepiej trzymać się z daleka od samej krawędzi – upadek byłby nieodwracalny.

W dolinie Mývatn – między pseudokraterami a cichymi kaskadami

Region Mývatn kojarzy się głównie z jeziorami, polami lawy i pseudokraterami, ale w niewielkiej odległości znajdują się także mniejsze, rzadziej odwiedzane kaskady i parujące pola geotermalne. Zamiast ograniczać się do parkingu przy Hverir, można połączyć odwiedziny w tym „księżycowym” obszarze z krótszymi spacerami po bocznych ścieżkach.

W okolicy jeziora biegną lokalne szlaki prowadzące przez stare pola lawowe i łagodne dolinki, z których część kończy się małymi progami wodnymi lub źródłami. Nie są to spektakularne wodospady znane z pocztówek, ale właśnie przez to pozostają w cieniu. Kilkunastominutowy spacer od głównego parkingu potrafi zmienić zgiełk w szum wody i odgłos skrzydeł kaczek na pobliskich stawach.

Fiordy Zachodnie: kraina mgieł, klifów i dzikich zatok

Dynjandi – więcej niż jeden wodospad

Dynjandi to symbol Fiordów Zachodnich – rozległa kaskada przypominająca białą suknię, spływającą po skałach do fiordu Arnarfjörður. Większość zdjęć pokazuje główną kaskadę, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ścieżka do jej podnóża mija po drodze kilka mniejszych wodospadów tworzących cały „łańcuch”.

Od parkingu prowadzi kamienista ścieżka, momentami stroma, choć niezbyt długa. Po drodze mija się kolejne progi wodne, każdy z własną nazwą i charakterem – raz woda spływa wąskim strumieniem po gładkiej skale, innym razem rozdziela się na kilka ramion. Wiele osób zatrzymuje się tylko na krótkie spojrzenie, po czym pędzi do głównego punktu widokowego. Tymczasem poświęcenie chwili na każdy z mniejszych wodospadów pozwala odczuć, że cały potok jest jednym, żywym organizmem, a nie tylko tłem dla „głównej atrakcji”.

Pod samą ścianą Dynjandi woda rozbija się o głazy, tworząc gęstą mgiełkę. Ubrania i sprzęt szybko nasiąkają wilgocią, lecz wrażenie bliskości tej masy wody rekompensuje dyskomfort. Z powodu wystawienia na wiatr pogoda potrafi tu zmieniać się błyskawicznie – słońce, deszcz i tęcza w odstępie kilku minut to nic niezwykłego.

Małe doliny nad fiordami – lokalne ścieżki pasterzy

Boczne doliny schodzące do fiordów Zachodnich skrywają dziesiątki małych wodospadów, o których nie wspominają przewodniki. Część z nich była przez lata wykorzystywana jedynie przez pasterzy i farmerów, którzy prowadzili tam owce lub zaglądali do letnich schronów.

Proste, nieoznakowane ścieżki zwykle zaczynają się przy starych zagrodach lub niewielkich gospodarstwach, a następnie wiją się w głąb doliny, przecinając potoczki i wilgotne łąki. Nagrodą za kilkadziesiąt minut marszu są małe progi wodne, wcięte w skalę jak schody. Nie mają one skali Dynjandi, ale często przewyższają je pod względem atmosfery – szczególnie, gdy mgła osiada na zboczach, a z fiordu dochodzi jedynie odległy odgłos fal.

Podczas takich spacerów łatwo wejść na prywatne tereny, dlatego sensowne jest zatrzymanie się przy farmie i krótkie zapytanie gospodarza o zgodę oraz o przebieg ścieżki. Dla wielu mieszkańców przyjazne pokazanie drogi jest naturalną częścią codzienności, o ile przybysz szanuje ogrodzenia i nie płoszy zwierząt.

Może zainteresuję cię też:  Seszele – luksus i dzika przyroda na rajskich wyspach

Geotermalne kąpieliska „na końcu świata”

Fiordy Zachodnie słyną z niewielkich, kameralnych basenów geotermalnych, z których część leży dosłownie kilka kroków od oceanu. Zamiast wielkich kompleksów, pojawiają się tu betonowe niecki z prysznicem z zimnej wody lub nawet zwykłe, kamienne „wanny”, do których gorąca woda doprowadzana jest rurami z pobliskiego źródła.

Jednym z typowych obrazków jest mały basen na trawie, nad którym górują strome zbocza, a przed nim otwiera się widok na fiord. Woda ma stałą, przyjemną temperaturę, a jedynym dźwiękiem bywa plusk fal i sporadyczny samochód na szutrówce. W wielu takich miejscach gospodarz zostawia niewielką skrzynkę na dobrowolne datki – kilka koron wrzuconych do puszki pomaga utrzymać obiekt w działaniu.

Zanim zdejmie się ubranie, dobrze jest upewnić się, że woda ma odpowiednią temperaturę. Niektóre źródła bywały sezonowo zbyt gorące lub zbyt chłodne, a infrastruktura nie zawsze nadąża za zmianami. Test dłonią lub stopą oraz krótkie spojrzenie na ewentualne tabliczki informacyjne zaoszczędzi rozczarowania, a czasem i poparzeń.

Parujące pola geotermalne Islandii pod jasnoniebieskim niebem
Źródło: Pexels | Autor: Koen Swiers

Wnętrze wyspy: pustka, która wciąga

Szlaki między lodowcami – ciche doliny interioru

Interior Islandii to głównie rozległe pola lawy, czarne pustynie i żwirowe drogi, ale między tymi surowymi przestrzeniami ukrywają się spokojne doliny z rzekami i mniejszymi wodospadami. Nie prowadzi do nich asfalt – trzeba zaryzykować zjazd z głównego szlaku, często po drodze oznaczonej literą F, a następnie przesiąść się na własne nogi.

W dolinach położonych między jęzorami lodowców dominują niskie krzewy, porosty i kamienie, po których woda sączy się cienkimi strumieniami, tworząc niewielkie progi. Tego typu krajobraz nie robi „efektu wow” jednym ujęciem, lecz działa powoli: ciszą, monotonnym szumem wody, dalekim widokiem na białe czapy lodowców. Dla osób szukających odrobiny samotności i kontemplacji to często mocniejsze przeżycie niż kolejny tłum pod najsłynniejszą kaskadą.

Ze względu na brak oznakowania i gwałtowne zmiany pogody w interiorze trzeba mieć ze sobą sensowną nawigację offline, zapas warstw odzieży i plan powrotu przed zmrokiem. W takich miejscach telefon komórkowy potrafi stracić zasięg już po kilku minutach marszu.

Małe oazy przy górskich chatkach

Rozsiane po interiorze górskie chatki, używane przez piechurów i pasterzy, często stoją w pobliżu niewielkich strumieni i kaskad. Nie są to atrakcje same w sobie, tylko naturalne punkty, przy których można nabrać wody, rozbić namiot lub po prostu usiąść i odpocząć po trudniejszym etapie trasy.

Przy niektórych schronieniach pojawiają się proste mostki, drewniane kładki lub wydeptane przejścia przez potok. Kilka kroków w górę strumienia wystarczy, by znaleźć mały wodospad spadający do naturalnej misy, w której lokalni piechurzy czasem chłodzą stopy. Nie zawsze wolno tam się kąpać w pełnym znaczeniu (ze względu na ochronę przyrody lub zasady obowiązujące przy danej chatce), ale krótkie zanurzenie nóg po całym dniu z plecakiem potrafi zdziałać cuda.

Jak planować własne „odkrycia” na Islandii

Praca z mapą i lokalnymi źródłami

Miejsca opisane w przewodnikach to tylko niewielka część tego, co kryje Islandia. Wiele cichych dolin i mniejszych wodospadów można znaleźć, korzystając z tradycyjnych map papierowych, serwisów z mapami topograficznymi oraz rozmów z mieszkańcami. Islandzkie nazwy bywają pomocne – końcówki takie jak -foss, -gil czy -dalur sugerują wodospad, wąwóz lub dolinę, które mogą okazać się dobrym celem na krótki objazd.

Gdy w małej miejscowości funkcjonuje kawiarnia, stacja benzynowa albo niewielkie muzeum, często warto poświęcić kilka minut na rozmowę. Proste pytanie o ulubiony spacer w okolicy czy „mniejsze” miejsca, gdzie sami lubią chodzić, potrafi otworzyć drzwi do zakątków niewymienionych w żadnej aplikacji.

Łączenie znanych punktów z bocznymi wypadami

Nie da się całkowicie „uciec” od znanych miejsc, szczególnie travelling po raz pierwszy. Zamiast próbować omijać wszystkie ikony, łatwiej jest połączyć je z krótkimi odskoczniami: półgodzinnym spacerem za parking, zjazdem na mniej uczęszczaną drogę lokalną, zatrzymaniem się przy niewielkim wodospadzie widocznym z szosy.

Przykładowy dzień może wyglądać tak: poranny wypad do popularnego wodospadu, następnie objazd lokalną drogą prowadzącą nad fiord, dwugodzinny trekking boczną doliną i wieczorna kąpiel w małym, geotermalnym basenie. Ten sam region, a wrażenie zupełnie inne niż podczas „odhaczania” kolejnych punktów z listy.

Szacunek do miejsc, które jeszcze nie zdążyły stać się atrakcją

Ukryte doliny i mniej znane wodospady są atrakcyjne właśnie dlatego, że pozostają stosunkowo dzikie. Odpowiedzialne zachowanie sprowadza się do kilku prostych zasad: nie zostawiać śmieci, nie schodzić zbyt daleko poza istniejące ścieżki w delikatnym terenie, nie niszczyć roślinności i nie traktować każdego strumienia jak osobistego spa.

Islandczycy coraz częściej podkreślają, że „odkrywanie” nowych miejsc nie musi oznaczać ich intensywnego promowania w mediach społecznościowych z dokładną lokalizacją. Czasem wystarczy własne wspomnienie i kilka zdjęć, bez dokładnych współrzędnych, które ściągną kolejne tłumy. Dzięki temu parujące doliny i ukryte wodospady mają szansę pozostać tym, czym są dziś: żywą, kruchą częścią wyspy, a nie tylko kolejnym tłem do selfie.

Parujące wąwozy i gorące rzeki poza Golden Circle

Gorące strumienie, do których nie prowadzą drewniane kładki

Najbardziej znane gorące rzeki, jak ta w dolinie Haukadalur czy Reykjadalur, przyciągają tłumy, ale na obrzeżach aktywnych pól geotermalnych istnieją też mniejsze, mniej „instagramowe” strumienie. Czasem są to zaledwie kilkudziesięciometrowe odcinki koryta, w których ciepła woda miesza się z chłodniejszym dopływem. Brak tu przebieralni, szafek i regulaminu – jest natomiast miękki mech, para unosząca się z wody i cisza przerywana jedynie bulgotaniem źródeł.

Do takich miejsc zwykle prowadzą dawne ścieżki pasterskie lub serwisowe drogi energetyczne, wciśnięte między wzgórza a koryta rzek. Na mapie topograficznej charakterystyczne są nagłe zmiany oznaczeń przy korycie: czerwone symbole gorących źródeł, czasem opisane po prostu jako hverir, oraz niewielkie różnice wysokości sugerujące małe kaskady. Krótki spacer wzdłuż takiego odcinka potrafi odsłonić naturalne „wanny” wyżłobione w osadach krzemionkowych lub tufie.

Temperatura wody w nieoznaczonych miejscach potrafi zmieniać się z metra na metr. Rozsądniej jest więc potraktować kąpiel jako dodatek do spaceru, a nie jego cel: ręką lub stopą sprawdzać kolejne zagłębienia, zanim zdecyduje się na wejście po pas. W razie wątpliwości lepiej zostać przy brzegu, mocząc tylko stopy i obserwując, jak para unosi się nad okolicznymi tufowymi skałami.

Małe pola geotermalne poza strefą zakazów

Znane obszary geotermalne bywają ogrodzone i opatrzone tablicami ostrzegawczymi, ale na obrzeżach płyt tektonicznych rozsiane są też drobne skupiska fumaroli i bulgoczących kałuż. Od wielkich pól różnią się skalą: zamiast szerokiego kotła z błotem pojawia się kilka dołków z gorącą wodą, otoczonych osadem w kolorze rdzy lub kredowej bieli. Para wznosi się z nich w ciche, bezwietrzne dni cienkimi słupami, które z daleka można pomylić z dymem z oddalonej farmy.

W takich miejscach nie ma barierek, dlatego granice trzeba określać samemu. Zasada jest prosta: chodzić wyłącznie po ciemniejszych, twardszych fragmentach podłoża, omijać jasne, świeżo wyglądające skorupy i nie podchodzić bezpośrednio do brzegów bulgoczących oczek. Grunt w pobliżu aktywnych otworów potrafi być cienki jak skorupka jajka – wystarczy jeden krok za daleko, by wpaść stopą w błoto o temperaturze bliskiej wrzenia.

Najbezpieczniejszą formą „zwiedzania” takich kieszeni geotermalnych jest spacer z niewielkiego wzniesienia obok, skąd widać całą mozaikę barw i kształtów. Sam widok kolorowych osadów – od głębokich żółci i pomarańczy po stalowy błękit – bywa silniejszym przeżyciem niż samo stanie przy gorącym otworze. Dodatkową nagrodą są często drobne strumienie, w których zabarwiona minerałami, letnia woda przecina czarne pole lawy lub grafitowy popiół.

Wodospady ukryte w bazaltowych labiryntach

Wąskie gardziele rzek – tam, gdzie szum znika w szczelinie

Klasyczne wodospady rozlewają się szeroką kurtyną, ale spora część islandzkiej wody znika w wąskich szczelinach, do których nie dochodzi asfalt ani rozbudowana infrastruktura. Z pozoru widać jedynie pęknięcie w płaskim polu lawy lub niepozorny jar. Dopiero gdy podejdzie się bliżej, z wnętrza rozpadliny dobiega głęboki, dudniący dźwięk, jakby ktoś włączył ukryty pod ziemią generator.

Takie gardziele powstają tam, gdzie rzeka przecina grube pokłady bazaltu, tworząc kilkumetrowe, wertykalne ściany. W wielu miejscach dostęp do samej krawędzi jest ograniczony przez kruszące się obrzeża i brak naturalnych półek – obserwacja z bezpiecznej odległości, często z przeciwległego brzegu, staje się wtedy jedyną opcją. Mimo to wrażenie jest mocne: woda dosłownie znika w szczelinie, a jej białe smugi migoczą tylko w wąskiej przerwie między ścianami.

Na mapach topograficznych takie odcinki bywają opisane jako gljúfur lub gjá. W praktyce oznacza to, że wodospad nie będzie widoczny z daleka, lecz schowany w środku skalnego labiryntu. Kto liczy na efektowne zdjęcie z całym horyzontem, może poczuć się rozczarowany, ale ci, którzy lubią nasłuchiwać, skąd dobiega echo, rzadko żałują dodatkowego kilometra wędrówki.

Może zainteresuję cię też:  Phuket – tajlandzka wyspa pełna kontrastów

Kamienne amfiteatry z mchem zamiast krzeseł

W niektórych dolinach rzeka spiętrza się na progu lawy i spada serią niewysokich, równomiernie rozłożonych kaskad, otoczonych półkolistymi ścianami. Wygląda to jak naturalny amfiteatr, w którym widownię zastępują mchy, porosty i rozsiane głazy. Ta symetria nie jest oczywistością – powstała wskutek regularnych, powtarzających się wylewów lawy, które zastygły w równych warstwach, a potem zostały podcięte przez wodę.

W takich miejscach nie ma jednego „najlepszego” punktu widokowego. Wystarczy przejść się po obrzeżu, szukając kamienia lub kępy darni, na której można usiąść i słuchać, jak dźwięk wodospadu odbija się od półkolistych ścian. Często towarzyszą temu ptaki – fulmary, mewy, czasem kruki – które wykorzystują półki skalne jako miejsce gniazdowania. Ich krzyki mieszają się z szumem kaskad, tworząc dźwiękową kulę wirującą w środku amfiteatru.

Mchy porastające ściany są niezwykle delikatne. Jeden nieprzemyślany skrót „na skos” potrafi pozostawić ślad na wiele lat. W praktyce najlepiej trzymać się naturalnych pasów odsłoniętej skały i widocznych ścieżek wykorzystywanych już wcześniej przez ludzi i zwierzęta. Zielone poduszki lepiej podziwiać z kilku kroków, niż testować ich sprężystość butem.

Bezpieczne eksplorowanie parujących dolin

Czytanie terenu zamiast słupków i tablic

Poza popularnymi trasami rzadko spotyka się gęstą sieć ostrzeżeń. Zamiast czerwonych znaków i łańcuchów pozostaje obserwacja: koloru ziemi, zapachu powietrza, faktury skały pod stopami. Ciepła para pachnąca siarką, miękki grunt i niewielkie pęknięcia w ziemi to sygnały, że w pobliżu pracuje gorąca woda. Podobnie nagłe pasy bielejącego mchu lub roślinności, która nagle znika w jednym miejscu – to często strefy gorąca tuż pod powierzchnią.

Dobrym nawykiem jest zatrzymywanie się na kilka sekund tam, gdzie krajobraz nagle się zmienia. Gdy czarne podłoże przechodzi w jasnoszary, kredowy pył, opłaca się przejść na boki, szukając twardszego, stabilniejszego fragmentu. Gdy nie ma pewności, co kryje się kilka kroków dalej, kij trekkingowy lub zwykły patyk potrafi być lepszym testerem niż podeszwa buta.

Szczególnie zdradliwe bywają „sucho” wyglądające koryta, którymi wcześniej płynęły gorące strumienie. Choć wody może już nie być, pod cienką warstwą osadu wciąż utrzymuje się wysoka temperatura. W takiej sytuacji lepiej trzymać się skraju koryta lub całkowicie je ominąć, zamiast skracać drogę jego dnem.

Sprzęt, który pomaga nie przesadzić z odwagą

Do wędrówek po parujących dolinach i mniej uczęszczanych wodospadach nie trzeba specjalistycznego ekwipunku alpinistycznego, ale kilka elementów ułatwia rozsądne decyzje. Solidne buty z dobrą podeszwą, które trzymają się na mokrej skale, znacznie zmniejszają ryzyko poślizgnięcia się przy śliskich progach. Warstwowa odzież pozwala reagować na nagłe podmuchy wiatru i deszczu, szczególnie w miejscach, gdzie para wodna momentalnie wychładza ciało po wyjściu z kąpieli.

Przy eksplorowaniu mniej znanych miejsc przydaje się też proste wyposażenie „awaryjne”: folia NRC lub lekka puchówka, zapasowa para skarpet, czołówka nawet latem. W regionach, gdzie nie ma zasięgu, wielu mieszkańców korzysta z małych urządzeń komunikacyjnych działających przez satelitę – dla przyjezdnego przynajmniej udostępnienie planu trasy gospodarzowi lub właścicielowi kempingu jest namiastką tego zabezpieczenia.

Drobiazg, o którym łatwo zapomnieć, to ręcznik z mikrofibry i wodoodporny worek na mokre ubrania. Mały, niepozorny basenik geotermalny często kusi do spontanicznej kąpieli; możliwość szybkiego wysuszenia i zabezpieczenia rzeczy przed wiatrem decyduje, czy dalszy dzień spędzi się z przyjemnym ciepłem w ciele, czy trzęsąc się na tylnym siedzeniu samochodu.

Sezonowość: kiedy parujące doliny żyją najmocniej

Późna wiosna i wczesne lato – czas na wodę z topniejących śniegów

Gdy śnieg zaczyna znikać z wyżej położonych płaskowyżów, doliny wypełniają się strumieniami, które wcześniej istniały tylko na mapie. Zwiększony przepływ sprawia, że małe progi wodne zamieniają się w pełnoprawne kaskady, a wąskie strużki w białe wstęgi przecinające czarne zbocza. To pora, gdy wodospady są najbardziej dynamiczne, a kontrast między świeżą zielenią a ciemną skałą – najsilniejszy.

W tym okresie część ścieżek bywa jednak podmokła lub wręcz zalana, zwłaszcza w dolinach o gliniastym lub pylastym podłożu. W praktyce oznacza to, że na dojście do mniej znanego wodospadu trzeba zarezerwować więcej czasu i energii, niż sugeruje sama odległość. W zamian otrzymuje się widok miejsca w jego najbardziej „żywej” postaci, zanim letnie słońce uspokoi przepływ.

Późne lato i wczesna jesień – mgły, kolory i dłuższe cienie

Gdy sezon turystyczny osiąga szczyt, mało znane doliny wciąż pozostają stosunkowo puste, a przy tym zyskują na nastroju. Poranne mgły snują się między wzgórzami, parujące źródła wydają się wtedy jeszcze bardziej wyraziste, a słońce, wisząc niżej nad horyzontem, wydłuża cienie bazaltowych ścian. Trawy i mchy przechodzą od soczystej zieleni do złocistych i rudawych tonów, przez co nawet dobrze znany potok wygląda inaczej niż kilka tygodni wcześniej.

To dobry moment na dłuższe, spokojne marsze bez presji „zaliczania” kolejnych miejsc. Dni są jeszcze na tyle długie, by zdążyć wrócić przed zmrokiem, a jednocześnie na tyle krótkie, że wieczorna kąpiel w gorącym strumieniu odbywa się często przy miękkim, pomarańczowym świetle. Nie trzeba wtedy żadnych filtrów ani sztuczek – para, woda i skała robią swoje.

Ludzie, którzy żyją obok wodospadów i pary

Farmy na skraju dolin – codzienność z hukiem w tle

W wielu miejscach małe gospodarstwa stoją tak blisko wodospadów, że ich szum staje się podobny do miejskiego ruchu – obecny, ale po chwili wtopiony w tło. Dla przyjezdnego to niezwykła sceneria: poranna kawa pita na ganku z widokiem na kaskadę, która w przewodnikach uchodziłaby za atrakcję pierwszej ligi, tutaj jest po prostu częścią podwórka.

Gdy przy drodze widać niewielką tabliczkę informującą o prywatnym wodospadzie i symbol skrzynki na datki, zwykle kryje się za tym prosta historia. Właściciel przez lata miał ten widok wyłącznie dla siebie, ale rosnący ruch na Icelandic Ring Road skłonił go do otwarcia niewielkiego parkingu czy ścieżki. Kilka koron zebranych w sezonie bywa przeznaczanych na naprawę drogi dojazdowej lub utrzymanie ogrodzeń – to drobny, ale konkretny wymiar współistnienia turystyki i lokalnej gospodarki.

Krótka rozmowa przy furtce potrafi ujawnić inne, jeszcze skromniejsze zakątki: mały próg wodny w górze doliny, stary most nad rwącą rzeką, parujące oczko znane tylko sąsiadom. Tego typu wskazówki nie zastąpią internetu i map, ale świetnie je uzupełniają, bo niosą też lokalne opowieści – o powodzi sprzed kilku dekad, o zimie, gdy wodospad zamarzł niemal do dna, o starych ścieżkach używanych przy spędzaniu owiec.

Przewodnicy z sąsiedztwa i ich „małe trasy”

Coraz więcej osób mieszkających poza głównymi ośrodkami turystycznymi organizuje krótkie, kameralne wyjścia do parujących dolin i ukrytych wodospadów w swojej okolicy. To często proste, kilkugodzinne wypady bez rozbudowanej oprawy – jedna dolina, kilka punktów widokowych, termos z kawą i opowieści o zmianach, które zaszły w krajobrazie w ostatnich latach.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Gdzie w Islandii znaleźć mniej znane, parujące doliny i gorące rzeki?

Poza popularną doliną Reykjadalur warto szukać mniejszych, słabiej oznaczonych źródeł geotermalnych na południu wyspy, w Fiordach Zachodnich oraz w interiorze (np. okolice Kerlingarfjöll i Hveravellir). W tych rejonach łatwiej trafić na naturalne, dzikie kąpieliska bez rozbudowanej infrastruktury.

Pomocne są lokalne mapy turystyczne, blogi islandzkie i tablice informacyjne w centrach informacji turystycznej. Trzeba liczyć się z tym, że dojście do takich miejsc wymaga często kilkudziesięciominutowego spaceru i dobrej oceny warunków w terenie.

Kiedy najlepiej jechać do Islandii, żeby uniknąć tłumów przy wodospadach i źródłach?

Najspokojniejsze pod względem liczby turystów są miesiące przejściowe – maj, wrzesień i początek października. Dni są wtedy jeszcze na tyle długie, żeby robić całodniowe trekkingi, a popularne miejsca są mniej zatłoczone niż latem.

Latem (czerwiec–sierpień) ruch jest największy, ale wystarczy odsunąć się o kilkanaście–kilkadziesiąt kilometrów od głównych atrakcji (Złoty Krąg, południowe wybrzeże), żeby odzyskać spokój. Zimą możesz liczyć na jeszcze mniejsze tłumy, ale dostępność wielu górskich dróg i szlaków jest ograniczona.

Jakie regiony Islandii wybrać, żeby zobaczyć ukryte wodospady i dzikie doliny?

Najlepszym wyborem są: Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) z licznymi kaskadowymi wodospadami i pustymi drogami, północna Islandia (okolice Akureyri, Skagafjörður, tereny na północ od Mývatn) oraz wschodnie fiordy, takie jak Seyðisfjörður czy Borgarfjörður Eystri.

Dla bardziej doświadczonych podróżników świetny jest interior z obszarami Kerlingarfjöll, Landmannalaugar czy Þórsmörk. Tam wciąż dominują dzikie krajobrazy, ale wymagają one lepszej logistyki, często auta 4×4 i ścisłego śledzenia prognoz pogody oraz stanu dróg.

Czy do Kerlingarfjöll i Hveravellir potrzebny jest samochód 4×4?

Tak, do Kerlingarfjöll standardowo wymaga się samochodu 4×4, ponieważ prowadzi tam górska droga F35 oraz lokalne F-drogi, z odcinkami szutrowymi i drobnymi przeprawami przez cieki wodne. Zwykłe auto osobowe jest tam zazwyczaj niewskazane.

Hveravellir leży również przy F35 na wyżynie, więc w sezonie letnim również zaleca się auto 4×4 i doświadczenie w jeździe po drogach szutrowych. Przed wyjazdem koniecznie sprawdzaj komunikaty na road.is, bo warunki mogą szybko się zmieniać.

Jakie środki bezpieczeństwa są najważniejsze przy eksplorowaniu dzikich dolin w Islandii?

Podstawą jest codzienne sprawdzanie prognozy pogody (vedur.is) i stanu dróg (road.is), a także posiadanie planu B w razie zamknięcia trasy lub nagłego załamania pogody. Zawsze informuj kogoś o swojej trasie – możesz skorzystać z formularza na safetravel.is.

Na szlaku przestrzegaj lokalnych oznaczeń, nie przekraczaj ogrodzeń i nie wchodź na zamknięte ścieżki. Pamiętaj, że wiele dolin jest niemal pozbawionych infrastruktury: brak schronów, toalet czy barów, więc zabierz zapas jedzenia, wody, ciepłe ubrania na zmianę i naładowany telefon z mapą offline.

Czy można bezpiecznie kąpać się w naturalnych gorących źródłach i rzekach w Islandii?

Kąpiel w naturalnych gorących źródłach jest możliwa, ale wymaga ostrożności. Nie wszystkie źródła mają bezpieczną temperaturę – w wielu miejscach woda jest zbyt gorąca lub zmienia temperaturę na krótkim odcinku. Zawsze sprawdź informacje na miejscu i najpierw ostrożnie przetestuj wodę.

Unikaj wchodzenia do nieoznakowanych, bulgoczących oczek i stref z cienką skorupą ziemi. W miejscach bardziej dzikich pamiętaj też o zasadzie „leave no trace”: nie zostawiaj śmieci, nie używaj mydła czy kosmetyków w naturalnych zbiornikach i szanuj prywatne tereny, przez które może prowadzić dojście do źródeł.

Esencja tematu

  • Islandia „poza utartym szlakiem” to świadome unikanie najbardziej obleganych atrakcji na rzecz spokojniejszych dolin, wodospadów i gorących rzek, przy zachowaniu szacunku dla przyrody i lokalnych zasad.
  • Kluczem do mniej tłoczonych miejsc jest wybór regionu: Fiordy Zachodnie, północ, wschód wyspy oraz interior oferują spektakularne krajobrazy przy znacznie mniejszym ruchu turystycznym niż Złoty Krąg i południowe wybrzeże.
  • Planowanie trasy powinno opierać się na trzech filarach: logistyce dojazdu, realnej ocenie trudności szlaku pieszo oraz bezpiecznym, odpowiedzialnym korzystaniu z gorących źródeł.
  • Wiosna i jesień dają najlepszy kompromis między warunkami na szlaku a liczbą turystów, natomiast interior i część dolin geotermalnych jest najłatwiej dostępna latem; zimą wymagane jest doświadczenie i śledzenie komunikatów o lawinach oraz zamknięciach dróg.
  • Bezpieczeństwo wymaga codziennego sprawdzania prognozy pogody (vedur.is) i stanu dróg (road.is), posiadania planu awaryjnego oraz zgłaszania trasy w systemach takich jak safetravel.is.
  • Brak infrastruktury w wielu dolinach (toalet, barów, schronień) jest zarówno atutem, jak i wyzwaniem – oznacza konieczność pełnej samowystarczalności i respektowania zamkniętych lub wyraźnie odradzanych szlaków.