Spacer po dzielnicy La Boca

0
97
Rate this post

Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie w Buenos tych miejsc, których nie zdążyliśmy zobaczyć poprzednim razem. Rozpoczęliśmy od historycznej dzielnicy La Boca, która pojawia się na wielu widokówkach ze stolicy Argentyny. To właśnie w tych okolicach w 19 wieku osiedlali się emigranci z Europy. Aby tam dojechać, wsiedliśmy na ulicy Santa Fe w autobus nr 152. Gdy autobus ruszył, okazało się, że bilety sprzedaje tu maszyna, a kierowca nie ma drobnych, więc zamiast dwóch biletów, za zgodą kierowcy, kupiliśmy jeden. Czyli jedno z nas (nie ja, bo miałam bilet w kieszeni) jechało na gapę. Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, gdzie zaczepiła nas jakaś kobieta, ostrzegając żebyśmy uważali na złodziei. Uważaliśmy, znów zamknęliśmy plecak na kłódki, żeby nie dało się nic z niego wyjąć, a dokumenty i pieniądze mieliśmy dobrze schowane.

Dzielnica La Boca wzbudziła w nas mieszane uczucia. Z jednej strony piękne kolorowe domy, powiew historii, artyści sprzedający całkiem ciekawe obrazy, zdjęcia i inne rękodzieła. Z drugiej strony nachalne nagabywanie do wejścia do restauracji, występy tango dla turystów, którzy zdecydują się zjeść w danej knajpie. Udało nam się opędzić od kilkunastu zapraszających do restauracji nagabywaczy i poszliśmy trochę poza turystyczny tłum. Weszliśmy do małej knajpki gdzie jedli lokalesi. Niepozornej, ale bardzo jak się okazało sympatycznej. Zjedliśmy kurczaka i sałatkę, trochę odpoczęliśmy od upalnego słońca i poszliśmy dalej. Spacerowaliśmy po uliczkach dzielnicy la Boca robiąc zdjęcia kolorowym domom z tradycyjnymi dekoracjami. Aby wrócić do centrum wsiedliśmy znów do autobusu 152, tym razem zaopatrzeni w drobne monety aby legalnie podróżować po Buenos. Kolejnym punktem podróży było Microcentro, które poprzednim razem oblecieliśmy bardzo szybko i pominęliśmy kilka ważnych miejsc. Wysiedliśmy więc z autobusu przy Avenida de Mayo, przeszliśmy obok Casa Rosada (czyli pałacu prezydenckiego) i tu drogę zagrodziła nam manifestacja. Podobno argentyńczycy lubia manifestować i czynią to często właśnie w okolicach pałacu. Nie wiem dokładnie jaki był temat tej manifestacji, ale na pewno był związany z bezrobociem, bo tyle zrozumiałam z transparentów. Obeszliśmy manifestujących i doszliśmy do obelisku na Avenida de 9 Julio. To podobno jedna z najszerszych ulic na świecie, aż z 18 pasami dla samochodów. Słońce prażyło niemiłosiernie, więc co jakiś czas musieliśy się chować w klimatyzowanym sklepie. Pokręciliśmy się trochę po dzielnicy handlowej w oklicach ulicy Florida a potem pojechaliśmy cos zjeść w okolicach hotelu. Wracaliśmy metrem i był taki ścisk , że jeden pociąg sobie odpuściliśmy bo nie dało się tam wcisnąć nawet szpilki. W metrze widać, że wszyscy mieszkańcy Buenos są uczuleni na kieszonkowców w sposób w jaki trzymają plecaki, torby, torebki itd. Kobiety torby trzymają zawsze z przodu albo pod pachą, jedną rękę mając położoną na zamknięciu torby.

Wieczorem wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy na dworzec Retiro, skąd o 20.15 mieliśmy autobus do Mendozy. Jechaliśmy liniami Andesmar, klasą Cama (koszt 215 peso od osoby), która okazała się być strzałem w dziesiątkę. Wygodne, rozkładane prawie do pozycji leżącej siedzenia, poduszeczka, kocyk, a do tego rozrywki i poczęstunki przygotowane przez przewoźnika. Gdy tylko wsiedliśmy do autobusu nasz steward zaproponował pasażerom grę w Bingo, podczas której można było wygrać butelkę wina. Potem nastąpiła kolacja (przystawka + danie gorące + ciastko na deser + szklanka wina + sprite). Po kolacji puścili horror z Sandrą Bullock – był w oryginale z hiszpańskimi podpisami. Nie zdążyłam się za bardzo przestraszyć, bo szybko usnęłam. Zbyszek czytał jeszcze sobie książkę Jeffreya Archera, którą kupił w Buenos. Obudziliśy się dopiero niedaleko od Mendozy