Polska – Chorwacja – Polska: relacja z trasy

0
56
Rate this post

Od urlopu oczekuje się tego, że przed następnym okresem wytężonej pracy (niezależnie czy ‘normalnej’, czy blogerskiej), uda się zregenerować siły, odpocząć, oderwać od rzeczywistości. Faktycznie, nie neguję w zupełności że tak jest. Mniej się jednak mówi o powrocie do rzeczywistości, z którym zderzenie bywa dość bolesne. Szczególnie po takim wyjeździe jak ten do Chorwacji, gdzie zwyczajnie chciało się zostać jeszcze minimum tydzień. Albo 2. Albo miesiąc. Albo kupić tam dom, osiedlić się i wciąż, chociaż trochę, nie zważać na problemy. Ale cóż, te 9 dni wyjazdu musiało wystarczyć, i jakby nie patrzeć – było super. Dlatego też nie opiszę wszystkiego w jednym poście, bo zwyczajnie bym się nie zmieścił. Zacznę więc od tego, jak minęła nam droga w obie strony, wrażenia z samego pobytu zostawiając na później.

Z Polski do Chorwacji

Po tym, jak żmudnie uporałem się z bagażami, zostało mi max 8 godzin snu. Założenie było proste: wyjeżdżamy o 2giej w nocy, jedziemy, jesteśmy popołudniu w Chorwacji. Ja za kierownicą, zmieniam się w razie potrzeby z Sarą, bo ma najdłuższy staż, pomijając mnie. Potem godzinę zmieniliśmy na 4tą nad ranem, żebym mógł się trochę więcej przespać. Oczywiście pojawił się ‘reisefieber’ , spałem mocno średnio, ale chociaż z pobudką nie miałem problemu. I wszystko szło fajnie do momentu, w którym trzeba było spakować bagaż podręczny, umościć się w samochodzie etc. Kolejna strata czasu, finalnie wyjechaliśmy o godzinie 5 nad ranem.

 

Droga przez Polskę okazała się czystą przyjemnością, nad ranem jedzie się bez większych problemów, więc w ciągu 3ech godzin dotarliśmy do granicy z Czechami. To, że bez większych problemów i w miarę szybko udało się dotrzeć, nie znaczy wcale, że bez żadnych opóźnień. Cóż, jedno nie zmieniło się u nas od lat: oznaczenie zjazdów. Oczywiście ominąłem ten z S1 na A1 i musiałem nadłożyć jakieś 30km, bo mało by brakowało i znaleźlibyśmy się w samym sercu Katowic. Potem na szczęście poszło już łatwiej i w ciągu godziny znaleźliśmy się w Czechach, stanęliśmy na stacji dotankować i kupić winietę. Tutaj też w sumie miałem zagwozdkę gdzie takową kupić, ale problem rozwiązał się sam – przed granicą, przez jakieś 50km, nie ma stacji benzynowej, więc musiałem jechać dalej.

Od Czech poszło już gładko. Poniżej 120km/h raczej nie schodziliśmy, ruch był niemały, ale niezbyt uciążliwy. Jechaliśmy więc podziwiając sobie widoki, przez Ostrawę, kierując się na Brno, a potem na Wiedeń. Widok z okien przy wyjeździe z Czech był zresztą nader urokliwy.

 

Po wjeździe do Austrii zrobiliśmy krótką przerwę, jakaś kanapeczka, kolejna winieta, 10 minut i dalej w trasę. W sumie przejazd też był dość malowniczy, gdyż powoli autostrady zaczynały przypominać bardziej szerokie serpentyny niż długie proste. Chyba że były właśnie remontowane, co o dziwo zdarzało się w Austrii dość często.

Tymczasem 7 godzin już mijało za kółkiem, a ja nie czułem najmniejszego zmęczenia. Tak swoją drogą, to właśnie w Austrii było najwięcej ciekawych samochodów. Mijaliśmy na przykład coś takiego, do tej pory nie wiem co to jest:

Kolejna na naszej drodze była Słowenia. Jeśli ktoś obserwuje profil na fb to wie, że akurat ze Słowenią miałem pewien problem. Tam też trzeba wykupić winietę, ale są tylko tygodniowe lub miesięczne. A podróż niedługa, raptem około 60km trzeba było przebyć, żeby dostać się do Chorwacji. Na 7 dni – zbyt krótko, trzeba by było wykupywać kolejną. Na 30 – za długo, w dodatku jej koszt wynosił 30euro. Dzwonię więc przed wyjazdem do Wujka, który rok w rok do Chorwacji jeździ z rodzinką  i pytam, co mam zrobić: czy omijać, jadąc przez Węgry, czy jak w ogóle inaczej, jakie są opcje. Koniec końców padło na to żeby nie patrzeć, tylko jechać przez Słowenię, bo za nadłożenie trasy wydam tyle na benzynę i węgierską winietę, ile na ten krótki przejazd. Kupiliśmy więc 30to dniową (2 winiety tygodniowe to również wydatek 30 eu) i chwilę później znaleźliśmy się na chorwackiej pseudo-granicy.

Pseudo dlatego, że tam wciąż, mimo tego że przecież są już w Unii Europejskiej, trzeba pokazać dowód osobisty lub paszport. Pokazać to nawet zbyt dużo powiedziane, wystarczy machnąć czymkolwiek co ma kształt karty – i tak puszczą Cię dalej. Celnicy nawet nie zwracają uwagi co masz w ręce, wystarczy coś o zbliżonym kształcie i można jechać. Cała operacja zresztą szła dość szybko, więc obyło się bez korków. Stanęliśmy jeszcze na chwilę tuż za granicą, żeby kupić jakieś Kuny i dalej jazda w drogę.

Niestety, Chorwacja, tak jak i nasz piękny i wspaniale zarządzany kraj, nie dorobiła się takiego wynalazku jak winiety, więc autostrady są płatne przy bramkach. My na szczęście uniknęliśmy korków (było około godziny 14) ale po przeciwnej stronie drogi widać kilkukilometrowy korek. Wtedy oczywiści obiecaliśmy sobie, że wyjedziemy w poniedziałek lub wtorek w godzinach mocno porannych, żeby czegoś takiego uniknąć, co z tego wynikło, o tym później.
Bramek na szczęście nie było tak dużo jak u nas, więc płaciliśmy tylko 2 razy przez całą drogę poprzez Chorwację, jednakże kwota, jaką musieliśmy zapłacić była już dość potężna, bo aż 170 kun, czyli około 100zł. Makabra.

Cenę rekompensowały nam jednak widoki, które na chorwackich autostradach zapierają dech w piersiach. Tunele, mosty, serpentyny i otaczające skały robią świetne wrażenie, a jak zaczynają być widoczne wyspy otoczone morzem, to trzeba się mega skupić na jeździe, bo widok mocno odwraca uwagę. Co ciekawe, widać że nasi rodacy ukochali ten kraj: w pewnym momencie, z 20 samochodów które mijaliśmy, 16 było z Polski!

Prowadziłem dalej, była godzina 16. I wtedy dopadł mnie potężny kryzys. 11 godzin za kółkiem to dużo, ale zostało tylko 200km, więc nie chciałem się zmieniać. Wtedy w ruch poszła czekolada z chili (lindt’a, polecam bardzo) i kolejny Red-Bull (już 4ty), które dodały mi jeszcze trochę sił. Jednak najbardziej ożywczy był znak ‘Zadar’, wiedziałem już bowiem, że zaraz będziemy na miejscu. I po 13 godzinach, o 18:20, dojechaliśmy na miejsce, ze średnią prędkością oscylującą wokół 100km/h. Faktycznie, byłem bardzo zmęczony (1 drink wieczorem działał jak 4), ale dałem radę bez problemu.

Chorwacja

Tak jak mówiłem, o tym opowiem innym razem, bo trochę tego za dużo. Zdradzę tylko, że będzie i widokowo, i motoryzacyjnie

Powrót

Z naszych planów o powrocie po weekendzie musieliśmy zrezygnować już po paru dniach. Okazało się, że kasy nie starczy na tak długi pobyt, więc musieliśmy wracać w sobotę. Oczywiście nie udało nam się też wcześniej wyjechać, mimo że wiedzieliśmy, że tak będzie lepiej. Wyjechaliśmy więc w sobotę o godzinie 11 i jak nietrudno wywnioskować, był to najgłupszy pomysł całej podróży. Nie ujechaliśmy 2 kilometrów, jak wpadliśmy w korek jeszcze w Zadarze, w którym staliśmy około pół godziny. Następny był już na autostradzie i wziął się niewiadomo z czego. Po prostu był, jechaliśmy 40km/h przez dobre 25km. Jak chwilowo się rozluźniło, to po 1,5 utknęliśmy na dobre. Kilkunastokilometrowy korek do bramek, taki jak widzieliśmy jadąc do Chorwacji, przywitał nas teraz z otwartymi ramionami. Bywało tak, że staliśmy w miejscu nawet 20 minut. Finał jest tego taki, że z Chorwacji wyjeżdżaliśmy niemalże 8 godzin, czyli 2/3 tego, ile jechaliśmy wcześniej całą trasę. Paranoja, dlatego właśnie uważam bramki za chory pomysł. Cóż, dobrze, że przynajmniej mieliśmy klimatyzację, bo bywali tacy, którzy musieli radzić sobie bez niej, np. w Trabancie:

Reszta drogi już w zasadzie nie miała znaczenia, bo po 9 godzinach byłem bardzo mocno zmęczony (każdy kierowca wie jak to jest jechać w korku), więc musiałem się zamienić za kierownicą, chociaż na chwilę. O 20 stery przejęła Sara i w sumie nawet dawała radę. Jechała swoim tempem, ale byłem zaskoczony jak pewnie. Co prawda zbytnio się nie przespałem, bo czuwałem nad jej jazdą, ale zdołałem rozluźnić mięśnie i trochę się zrelaksować, na tyle, by po 3 godzinach usiąść za kółkiem. Zamieniliśmy się ponownie w Brnie, gdzie Sara trochę się pogubiła i minęła zjazd na Ostrawę. Warto nadmienić, że tym razem jechaliśmy już bez mapy, bo gdzieś nam się zapodziała, więc i tak tylko 1 wpadka na trasie to niezły wynik.

Tak więc w Brnie znowu się zamieniliśmy i resztę trasy wziąłem już na swoje barki. Nie było tragicznie do momentu jak zostało nam 200km do końca i była 2:30 w nocy. Nigdy więcej nie będę jechał takiej trasy o tej godzinie i nie polecam tego nikomu. Zmęczenie jest kolosalne, trzeba stawać często i rozluźniać dosłownie każdy mięsień. A na ostatnich 100km już nawet nie patrzysz na spalanie, jedziesz tyle ile fabryka dała, byleby tylko dotrzeć. No i dotarliśmy, o 5 rano w niedzielę byliśmy znowu w Pabianicach. Cholernie zmęczeni ale i mega zadowoleni.