Glinki na Dzikim Zachodzie

0
89
Rate this post

O 9.30 rano spakowani pojawiliśmy się na recepcji. Duże plecaki pozostawiliśmy w hotelu za 20 peso. Zjedliśmy śniadanko (tak, tak – jak się domyślacie ciastko i kawa/herbata) i wyruszyliśmy. Mikrobus, który podjechał od razu się wyróżniał… dużą „pajęczyną” na przedniej szybie zrobioną przez jakiś kamień. Wpakowaliśmy się do niego razem z grupą Niemców i ruszyliśmy w drogę. Droga nie była aż tak monotonna za sprawą gór na horyzoncie, które miały różne formy i kolory. Po pierwszej dotarliśmy do Parku Narodowego Ischigualasto. Czekaliśmy kilkadziesiąt minut na parkowego przewodnika, którego obecność jest obowiązkowa podczas wycieczek, czas umilając sobie zdjęciami robionymi dwóm szarym lisom biegającym po okolicy.

Park Ischigualasto to zbiór różnych formacji skalnych wystawionych na działanie czynników atmosferycznych (wiatr, opady, różnice termperatur…). W parku temperatura w ciągu lata sięga 45 stopni Celsjusza a w zimie od zera do minus 10 stopni. Odkryto tu szkielety kilku nieznanych wcześniej gatunków dinozaurów, które można zobaczyć w lokalnym muzeum. Pomimo słonecznej pogody lepiej wziąć ze sobą polar z długim rękawem lub windstopper’a – nieprzyjemny wiatr powoduje, że odczuwalna temperatura spada…

Lokalny przewodnik wreszcie się pojawił. Dosiadł się do naszego mikrobusu samochodu i ruszyliśmy w drogę. W sumie przejechaliśmy przez park 40 kilometrów z pięcioma przystankami. Najciekawsza w parku Ischigualasto była na nas Valle de la Luna (Dolina Księżycowa), gdzie również organizowane są wycieczki w czasie pełni księżyca. Dolina nazywana jest również Doliną Śmierci, ale kiedy ją podziwialiśmy to skaczący po skałach Guanak zdecydowanie zaprzeczał informacjom o braku życia. Z większych zwierząt mieszkają tu również strusie, pumy, lokalny rodzaj dużych gryzoni – mara oraz szare lisy… Interesujące były również odciski roślin sprzed milionów lat utrwalone na jednej ze skał na pierwszym przystanku. Park Ischigualasto zrobił na nas ogromne wrażenie, ciężko było nas przekonać, żeby wrócić do busu po każdym przystanku, dlatego zamiast ustalonych 3 godzin, spędziliśmy w parku prawie 4. Pod koniec naszej przejażdżki słońce było już dość nisko, co dodatkowo wpłynęło na odbiór tych niesamowitych formacji skalnych o interesujących kształtach. Niektóre przypominały grzyby,  inne łódź podwodną, a jeszcze inne sfinksa. Mimo, że nie byliśmy jeszcze w Parkach Narodowych w Stanach, to na podstawie obejrzanych zdjęć widzieliśmy tu dużo podobieństw. Czerwone skały, kaniony i kaktusy na tle błekitnego nieba sprawiły, że przez chwilę poczuliśmy się jak na dzikim zachodzie.

Po objechaniu parku udaliśmy się do miasta Villa Union na zasłużony odpoczynek. Po drodze zrobiliśmy zakupy w supermarkecie. Najdłużej zabrało nam poszukiwanie rzeźnika w celu zakupu wołowiny. W końcu dotarliśmy do hotelu położonego na obrzeżach miasteczka. Pokoje były czyste i całkiem spore, aczkolwiek we wszystkich unosił się nieprzyjemny zapach wydobywający się z rur odpływowych.

Porzuciliśmy bagaże w pokoju i udaliśmy się do pomieszczenia z grillem, żeby wziąć czynny udział w przygotowaniu jedzenia. W silnej grupie niemiecko polskiej przygotowaliśmy razem kilka sałatek i sosy do mięsa. Okazało się, że nasz organizator, Mario nie spisał się jako profesjonalny organizator i nie było dla nas wystarczającej liczby talerzy, sztućców i szklanek. Przywołany do porządku, po jakimś czasie przyniósł brakujące rzeczy i rozpalił grilla. Rozpalenie grilla zajęło mu chyba z 30 minut. Ale wołowina z tego grilla, saute, bez żadnych przypraw czy marynat, smakowała jak królewskie danie, niczym nie ustępując tej z restauracji. A przygotowane wspólnie przez polsko-niemiecki zespół sosy i sałatki doskonale uzupełniły to wybitne mięsne dzieło.

W miarę jedzenia oraz opróżniania pięciolitrowego bukłaczka z lokalnym czerwonym winem rozmawialiśmy z Niemcami o ich podróży i o naszej. Wymienialiśmy się wrażeniami z miejsc w których byliśmy… Marta rozmawiała ze mną po polsku, z Niemcami po angielsku i niemiecku, a z Mario konwersowała po hiszpańsku. Ja zauważyłem, że w zasadzie nie potrzebuję już tłumaczenia tego co mówi Mario, gdyż pod wpływem magicznego czerwonego napoju z winnej latorośli rozumiałem hiszpański coraz lepiej. Poszliśmy spać dobrze po pierwszej w nocy… Musieliśmy wraz z kilkoma najbardziej wytrwałymi Niemcami osuszyć bukłaczek ;-).