Wielki Kanion w Argentynie

0
91
Rate this post

Rano wpakowaliśmy się do mikrobusu i pojechaliśmy na stację benzynową na śniadanie. Dodatkowo zaopatrzyliśmy się tam w suchy prowiant i mokre picie 😉 na wyprawę do Parku Talampaya, który nie jest bogaty w ośrodki gastronomiczne. Talampaya w języku quechua oznacza wyschniętą rzekę Tala. Formacje skalne i kaniony, które możemy tu zobaczyć są efektem erozji spowodowanej przez wodę.

W centrum informacyjnym musieliśmy poczekać na przewodnika. Razem z nim pojechaliśmy do punktu, z wyruszyliśmy na 3 godzinny trekking po parku. Jeśli chodzi o klimat to jest tu podobnie jak w Ischigualasto – w lecie +40 stopni. Jeśli chodzi o formacje skalne – to są trochę inne… Tutaj wnoszą się wysokie, prawie prostopadłe, czerwone skały pomiędzy, którymi jest wytyczonych kilka szlaków do marszu albo jazdy rowerem. Skały przypominają nieco otoczenie Wielkiego Kanionu Kolorado, wielokrotnie oglądanego przez nas w filmach. W takim nieprzyjaznym środowisku spotkaliśmy jednak również przedstawicieli fauny – mała grupa gryzoni zwanych mara przycupnęła sobie w cieniu drzewa, a w powrotnej drodze zobaczyliśmy strusie nandu…

W trakcie marszu najpierw szliśmy po równej powierzchni. Potem nasz przewodnik wprowadził nas między skały i zaczęliśmy piąć powoli w górę. Momentami musieliśmy się nawet trochę wspinać. Widoki były coraz piękniejsze, barwy skał, ich kształty oraz ogrom otaczających nas ścian zapierał dech w piersiach. Zdjęcia chyba jednak lepiej oddadzą nasze wrażenia niż słowa…

Po zatoczeniu pętli powróciliśmy do punktu wyjścia. Tutaj po chwili podjechał nasz mikrobus i zabrał nas do Centrum Informacyjnego. Tam zrobiliśmy chwilę przerwy na uzupełnienie płynów i strzelenie kilku fotek szaremu lisowi, który kręcił się w sąsiedztwie. Droga do La Rioja upłynęła nam w milczeniu. Większość pasażerów po upalnym dniu i trekkingu zasnęła snem sprawiedliwego.

Po powrocie do hotelu okazało się, że dziś jest w La Rioja święto, więc brudne rzeczy, które pozostawiliśmy do uprania pozostały … brudne 🙁. Zabraliśmy je więc ze sobą do pokoju. Wieczorem poszliśmy do supermarketu kupić sobie coś do picia na następny dzień. Idąc do restauracji na pożegnalną kolację w Argentynie wpadliśmy po drodze na naszą zaprzyjaźnioną niemiecką wycieczkę. Tym razem na kolacje wpadli do lokalnej pizzerii. Pogadaliśmy więc z nimi chwilę i udaliśmy się na tradycyjną wołowinę z grilla (bife de lomo) z sosem chimichurri. Była palce lizać!

Następnego dnia mieliśmy podjechać do Chilecito (2,5 godz. mikrobusem od La Rioja). Jednak mając z tyłu głowy fakt, że potem o 18.00 mieliśmy wsiadać na 14 godzin do autobusu nocnego do Buenos postanowiliśmy nie ruszać się z miasta. Woleliśmy pokręcić się trochę po centrum, odpocząć i uzupełnić wpisy na blogu.