Wodospady Iguazu z wody, lądu i powietrza…

0
75
Rate this post

Rano obudziło nas piękne słońce, które zapowiadało pogodny,  gorący dzień. Korzystając ze sprzyjających warunków atmosferycznych, postanowiliśmy wybrać się na całodniową wyprawę na argentyńską stronę wodospadów Iguazu.  Na śniadaniu w Pousadzie Evelina, w której się zatrzymaliśmy, spotkaliśmy po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu Polaków, Elę i  Mirka (zwanego przez żonę Kubą) z Tychów. Okazało się, że także wybierają się dziś na Argentyńską stronę i szukają współtowarzyszy wyprawy, którą organizuje właścicielka pensjonatu, pani Ewelina. Koszt wycieczki to 80 reali od osoby, a obejmuje ona transport i bilet do Parku Narodowego za 60 peso. Początkowo mieliśmy zamiar jechać tam sami, żeby mieć na miejscu więcej czasu i odwiedzić jeszcze miasto Puerto Iguazu, ale dowiedzieliśmy się, że jest to dość skomplikowane i czasochłonne. Nie ma bezpośrednich przejazdów ze strony brazylijskiej do parku na stronę argentyńską, a trzeba się przesiadać w Puerto Iguazu. Poza tym należy opuścić autobus na przejściu granicznym, w celu kontroli paszportowej, co oznacza konieczność czekania na granicy na kolejny środek transportu przynajmniej kilkanaście minut. Dlatego przejazd z miasta Foz Iguacu do Parku po stronie argentyńskiej może zająć podobno nawet dwie godziny w jedną stronę. Czasu na decyzję mieliśmy niewiele, więc w ciągu 10 minut stwierdziliśmy, że szkoda tracić czas i  jedziemy z panią Eweliną.

W mikrobusie siedzieliśmy razem ze świeżo poznanymi Polakami, Kanadyjką, Niemką i Belgiem. Po drodze do wodospadów pani Ewelina opowiadała nam trochę o historii Argentyny oraz tego regionu. Płynnie przechodziła z jednego języka na drugi. Z nami rozmawiała po polsku, z pozostałymi uczestnikami wycieczki po francusku, do kierowcy po portugalsku, a do przewodników w parku po hiszpańsku. Podobno zna także niemiecki i chyba to nie wszystko. Nasza  gospodyni i przewodniczka urodziła się i wychowała w okolicach Foz Iguacu, a ponad 30 lat była lokalnym przewodnikiem turystycznym. Była świadkiem dynamicznego rozwoju miasta – nasilonego zwłaszcza w latach siedemdziesiątych przez budowę największej na świecie elektrowni wodnej Itaipu. Populacja miasta zwiększyła się wtedy od kilkunastu tysięcy mieszkańców kilkadziesiąt lat temu aż do 300 000  obecnie.

Po przekroczeniu granicy podjechaliśmy do punktu „Tres Fronteras”, w którym zbiegają się granice Brazylii, Paragwaju i Argentyny. To miejsce, gdzie do rzeki Parana wpada rzeka Iguazu. Tam pstryknęliśmy sobie zdjęcie przy obelisku i flagach trzech graniczących ze sobą państw. Do  parku narodowego Iguazu dotarliśmy tuż po jego otwarciu, około 9, więc nie było jeszcze tłumów. Zgodnie z rekomendacją pani Eweliny za 200 peso za osobę zakupiliśmy tam dodatkową atrakcję „Gran Aventura”. Ta „wielka przygoda” to przejazd ciężarówką przez dżunglę oraz rejs motorówką po rzece Iguazu wraz zwieńczony wpłynięciem pod dwa wodospady. W trakcie jazdy samochodem przewodniczka z parku narodowego po hiszpańsku i angielsku opowiadała o różnych gatunkach flory i fauny żyjącej w parku.

Gdy dotarliśmy do brzegu rzeki, przesiedliśmy się do motorówki. Byliśmy ubrani w stroje kąpielowe, zgodnie z zaleceniami organizatorów, a od obsługi dostaliśmy specjalne nieprzemakalne worki na plecaki, aparaty fotograficzne oraz nasze ubrania..

Rejs zaczął się niewinnie, jak miła przejażdżka po lekko wzburzonej rzece, której brzegi pokryte są gęstą dżunglą. Po pokonaniu zakrętu zobaczyliśmy w oddali wodospady. W miarę zbliżania się do nich do naszych uszu docierał narastający szum strumienia wody. W końcu ujrzeliśmy je w pełnej krasie. To był niezapomniany widok. Prezentowały się imponująco i były po prostu zachwycając. Widziałam już duże wodospady, po Kanadyjskiej stronie Niagary, ale w porównaniu z Iguazu, Niagara jest niewielkim wodospadem. Iguazu robi dużo większe wrażenie i oddziałuje na wszystkie zmysły. Za chwilę już nie tylko wzrok, słuch i zapach, ale także inne zmysły zostały zaangażowane w te niezapomniane przeżycie. Po podpłynięciu pod wodospady i zrobieniu serii zdjęć zostaliśmy poproszeni o schowanie aparatów. Obsługa ubrała się w nieprzemakalne spodnie i kurtki, co wzbudziło nasz lekki niepokój, bo my nieprzemakalnych strojów nie posiadaliśmy. Wtedy sternik skierował naszą motorówkę prosto na ścianę wody. Wrażenie było niesamowite. Najpierw poczuliśmy tylko mgłę kropelek wody, ale wraz ze zbliżaniem się do wodospadu deszcz wody z wodospadu był coraz bardziej intensywny. Wreszcie motorówka wpłynęła prawie pod ścianę wodospadu. Odgłos wodospadu zagłuszał niemal nasze myśli. Woda pryskała na nas tak mocno, że aż zapierała dech w piersiach… Po chwili motorówka wypłynęła spod wodospadu i podpłynęła pod drugi, a my znów zniknęliśmy w czeluściach wodospadu.

Po wyjściu z motorówki byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Na szczęście w trakcie naszej wodnej przejażdżki wypogodziło się, a  słońce opanowało zachmurzone wcześniej niebo. Wysuszyliśmy się nieco i szliśmy specjalną trasą biegnącą wzdłuż wodospadów. Co kilkanaście metrów zatrzymywaliśmy się na kolejną sesję zdjęciową. Ścieżka wiła się w górę, coraz wyżej i wyżej prezentując nam południową część kompleksu wodospadów. Po drodze natknęliśmy się na leniwego jaszczura, którego jakiś turysta karmił chlebem. W ogródku kafejki kręciło się stadko ostronosów węszących w poszukiwaniu jedzenia i starających się zwędzić cokolwiek… nawet torebkę z cukrem…

Poznaliśmy już wodospad z poziomu wody i to z bardzo bliska, teraz przyszedł czas na widok z góry. Trasy zbudowane są tu w taki sposób, aby zapewnić turystom przepiękny widok na wodospady z różnych stron i odległości, w tym możliwość bezpośredniego obcowania z żywiołem. W pewnym momencie czuliśmy się jakbyśmy wisieli w powietrzu nad wodospadami. Aby poznać bliżej tajemnicę tego żywiołu, podeszliśmy do rwącej wody wodospadu na odległość kilku metrów, poznaliśmy więc znów co to znaczy porządnie zmoknąć.

Po obfotografowaniu wodospadów ze wszystkich stron udaliśmy się na stację kolejki. Naszym celem była teraz Czarcia Gardziel – podobno najbardziej widowiskowy ze wszystkich wodospadów Iguazu. Po drodze do stacji mignęło nam w dżungli stadko ostronosów z młodymi, ale zanim zdążyliśmy uzbroić aparaty, zniknęły za krzewami. Gdy dojechaliśmy na miejsce – Marta oszalała na punkcie dwóch stad żółtych motyli, które małą chmurą kręciły się przy drodze. Teraz czekał nas ponad kilometrowy marsz specjalnymi mostami wybudowami nad powierzchnią wody aż do Garganta del Diablo. Gdy podchodziliśmy do gardzieli, pomruk wodospadu zamieniał się stopniowo w coraz większy grzmot. Na początku nad powierzchnią tafli wodnej zobaczyliśmy gejzer pary wodnej. Czarcia Gardziel jest uskokiem gdzie woda z trzech stron wlewa się do swego rodzaju kotła. Towarzyszą temu niezwykłe efekty dźwiękowe oraz wizualne… Spędziliśmy tam ponad pół godziny robiąc zdjęcia oraz kontemplując grozę wodnego żywiołu.

Mieliśmy tego dnia sporo szczęścia, bo pogoda nam bardzo dopisała. Było słonecznie i ciepło. Cały czas spacerowaliśmy z parą Polaków poznanych w Pousadzie Ewelinie. Oni byli w Brazylii i ponad tydzień spędzili w Rio de Janeiro. Wymienialiśmy się wrażeniami z podróży. O 16.30 po prawie 7 godzinach spędzonych w Parku Narodowym Iguazu dotarliśmy do wyjścia z parku, gdzie czekał na nas minibus.  Zdążyliśmy jeszcze po drodze kupić sobie dulce de leche w sklepie Havanna, żeby przywieźć ten specjał do Polski.

Pożegnaliśmy dziś  Argentynę…  Ale nie na zawsze. Na pewno jeszcze tam  wrócimy. Jest jeszcze tyle parków narodowych i innych niezwykłych miejsc, których nie zdążyliśmy tym razem zobaczyć 😉

Wieczorem zjedliśmy kolację w knajpce Armazem w Foz Iguacu polecanej w przewodniku Lonely Planet. Ja wybrałam egzotycznie brzmiące danie z młodego aligatora z warzywami i ryżem W smaku trochę przypominało kurczaka, było dobrze przyprawione i ucieszyło moje podniebienie. Zbyszek kosztował tradycyjnego dania z regionu Parany  z wołowiny, które również przypadło mu do gustu. Gdy siedzieliśmy w knajpce, podobnie jak wczoraj zaczęło lać. Tym razem byliśmy  na to przygotowani . Ja włożyłam przeciwdeszczowe poncho, a Zbyszek nieprzemakalną kurtkę i ruszyliśmy do pensjonatu z małym przystankiem w supermarkecie. Zasypiając myśleliśmy już o następnym dniu, na który zaplanowaliśmy zwiedzanie wodospadów od strony brazylijskiej oraz wizytę w parku ptaków.