Weekend Poznaniu Whiskey in the Jar Weranda

0
50
Rate this post

Co to się dzieje, że facet piszący blog głównie motoryzacyjny, raptem zaczyna pisać o jedzeniu? Muzyka, audiobooki, miejsca, gdzie można dojechać, jakieś porady od czasu do czasu, to wszystko da się podciągnąć pod tematykę, ale żeby jedzenie? A jednak tak, bo i kierowcy lubią czasem bardzo dobrze zjeść, szczególnie, jeśli są w jakimś obcym mieście, na jakimś wyjeździe, gdziekolwiek. Poza tym, skoro już piszę o miejscach w których byłem, to czemu miałbym nie wspomnieć o tym, co w trakcie tej podróży sprawiło mi przyjemność? A do jedzenia miewam słabość, więc czemu nie…

Bo umówmy się – gdybym miał opisywać drogę z Łodzi do Poznania, to zajęłoby mi to raczej nie więcej, niż 2 zdania i to w porywie weny twórczej. Byłoby to mniej więcej tak:

„Pojechałem do Emilii, wjechałem na autostradę, zapłaciłem 38zł, zjechałem z autostrady, postałem chwilę w korku, byłem już w Novotelu”

Dziękuję bardzo, wyszło jedno zdanie, nie najlepszy materiał na cały wpis, nawet jeśli chciałbym biadolić o cenach na autostradowych bramkach. Co byłoby równie nudne co ten krótki opis trasy, bo i tak każdy wie, jak to wygląda, a można to opisać jednym, krótkim słowem ‘drogo’. Tyle w temacie trasy, więcej się z tego wycisnąć już nie da.

A Poznań to bardzo wdzięczne miasto do opisywania. O ile oczywiście człowiek ma czas na to, by się w nim zagłębić, a ja tego czasu nie miałem – punktem głównym tego wyjazdu były mimo wszystko targi Motor Show, więc na całą resztę został nam tylko wieczór i poranek następnego dnia. Sami musicie przyznać, że wiele czasu to nie jest. Postanowiliśmy więc polecieć tradycyjnie, ogarnęliśmy więc stare miasto, Maltę i generalnie samo centrum. Przy czym jeszcze towarzyszyło nam już późnym popołudniem nieustępliwe uczucie głodu w żołądkach, więc nie mieliśmy specjalnie głowy do zwiedzania. Na szczęście jednak Ada odrobiła pracę domową i ogarnęła wcześniej parę miejsc, które według niej powinniśmy odwiedzić, o których chodzą dobre opinie itd. Mam szczęście, bo ja nienawidzę tego robić, a ona ma wyjątkowo dobrą rękę do ciekawych miejsc, co potwierdziła i tym razem.

Whiskey in the Jar

Tak więc dzięki Adzie trafiliśmy w sobotnie, późne popołudnie do miejsca o nazwie ‘Whiskey In the Jar’. Coś wam to mówi, prawda? Jak się kogoś spytasz, jaki utwór grupy Metallica zna, to po ‘Nothing Else Matters’ pewnie też wspomni właśnie ‘Whiskey…’, ewentualnie ‘Enter Sandman’ albo ‘The Unforgiven’, w dowolnej kolejności. Trzeba przyznać, że nazwa chwytliwa i trafia w mój gust muzyczny idealnie, ale wbrew pozorom nie jest to knajpa stworzona ku chwale tej legendarnej grupy.

 

Bo widzicie, właściciele wzięli nazwę bardzo dosłownie. W ‘Whiskey In the Jar’ pijesz whiskey. Ze słoików. Dosłownie, tak jak w nazwie. I po każdym kolejnym słoiku masz ochotę spróbować kolejny. A jest ich wcale niemało, bodajże 15. Pewnie myślicie, że to przecież tylko whiskey, nie ma czym się podniecać. Sęk w tym, że oprócz kilkunastu rodzajów whisky, którą najlepiej przecież pić z lodem, są tam także drinki, których podstawą jest rzeczony trunek. I są one genialne. Ja zamówiłem sobie wersję Ginger Jar z dodatkiem piwa imbirowego, Ada wzięła Fantastic Jar z truskawkami i oba były fenomenalne – tak w smaku jak i w sposobie podania. Podejrzewam więc, że także inne wersje są bardzo fajne. Gdybym był jeszcze raz, to pewnie uderzyłbym w Obama Jar, czyli whiskey z ciemnym piwem. Brzmi zachęcająco, prawda?

 

Whiskey In the Jar jest jednak głównie steak housem, czyli oferują typowo amerykańskie żarcie. Nie byłbym sobą, gdybym nie zamówił sobie burgera – kolejna moja słabość. Raz na jakiś czas sobie na coś takiego pozwalam, szczególnie na wyjazdach i to także okazało się strzałem w dziesiątkę.

Co jest jeszcze fajnego w tej knajpie? Pomijając nazwę i to, że oferują jeden z moich ulubionych alkoholi w bardzo ciekawy sposób, to na plus trzeba zaliczyć wystrój. Burgery, whiskey i Metallica, z czym to się jeszcze łączy? Harleye oczywiście. Wszędzie. Na ścianach, przy barze, nawet jakiś model we wnętrzu się znalazł. Nie ma jednak wrażenia przesytu, wszystko jest po prostu utrzymane w fajnym klimacie.

Jak dla mnie miejsce jest po prostu fenomenalne. Klimatyczne, oryginalne, pomysłowe i przede wszystkim trzymające poziom jeśli chodzi o jedzenie i drinki. W mojej prywatnej skali spokojnie mogę dać: 8/10.

Weranda

Za to zupełnie odmienna, i to pod każdym względem, jest Weranda, którą postanowiliśmy odwiedzić rano, na śniadanie. Z tego powodu specjalnie nawet nie wykupiliśmy śniadania w hotelu, opinie o tym miejscu są bowiem więcej niż dobre. Jak zwykle oczywiście ja nic o tym nie wiedziałem, uwierzyłem Adzie na słowo. Drugi raz w ciągu dwóch dni i drugi raz muszę jej dziękować, bo jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w jakich byłem.

Sam Stary Browar jest bardzo fajnym miejscem, chociaż jego topografia bywa trochę pokrętna. Nie będę wam jednak opisywał centrum handlowego, do tego poziomu się nie zniżę

Ważne jest jednak to, że Weranda świetnie się wpisuje w klimat Starego Browaru. Z jednej strony są typowo fabryczne elementy, jak np. fragment starego kotła browarniczego…

…z drugiej strony jednak jest mnóstwo kwiatów, kolorowych dodatków, drewnianych akcentów. Słodko i uroczo? Zdecydowanie. Mało męsko? Pewnie też, ale ileż można się obracać tylko wśród lepiących podłóg, brudnych szklanek, mocnych trunków i ciemnych pomieszczeń? Idąc z dziewczyną na śniadanie jest to świetne miejsce na pozytywne rozpoczęcie dnia. Jeśli jeszcze w dodatku przez dach świeci słońce, to człowiekowi od razu robi się jakoś lepiej.

A błogo się robi już totalnie wtedy, kiedy dostaniecie to, co zamówiliście. Ja przykładowo wziąłem omlet z suszonymi pomidorami i mozzarellą, Ada miała camembert z marmoladą z czerwonych pomidorów. Do tego aromatyczna kawa, świeże pieczywo i można się delektować. Jest czym, wierzcie mi. Nawet głupia niegazowana woda była fajnie podana z kilkoma rodzajami owoców. Niby banalnie proste, ale nigdzie jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Super. Wszystko super.

Też muszę więc dać 8/10. Chciałbym chyba nawet więcej, ale obawiam się, że w przyszłości może mi zabraknąć skali, więc jestem trochę zachowawczy.

Z czystym sumieniem mogę wam polecić obie knajpy. Są zupełnie różne, ale obie mają jeden, wspólny mianownik – są świetnie dopracowane, klimatyczne i smaczne. Niestety nie miałem już okazji pójść jeszcze gdzieś indziej, ale tych dwóch nie żałuję zupełnie. A Wy macie może jakieś swoje ulubione miejsca w Poznaniu? Mogą się przydać w przyszłości