Smutna i opustoszała La Rioja

0
96
Rate this post

La Rioja przywitała nas brzydką pogodą. Było tuż po obfitym deszczu i groźne chmury rozpostarte na całym niebie nie zapowiadały szybkiego przejaśnienia. Do tego humor zepsuł nam plecak Zbyszka, który przesiąknął częściowo wodą podczas podróży autobusem. Dworzec autobusowy w La Rioja jest bardzo nowoczesnym budynkiem, ale niestety nie ma tam stoisk biur podróży ani ludzi oferujących noclegi, tak jak było w Mendozie. Była 8.00 rano więc wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do polecanego w Lonely Planet hoteliku Pension 9 de Julio. Pod drzwiami hotelu spędziliśmy kilka minut, ale ponieważ nikt nie otwierał, uznaliśmy, że hotel jest zamknięty… Poszliśmy więc do oddalonego o kilka przecznic hotelu „El Gran Embajador”. Okazał, się nie być tak wielki jak wskazywała nazwa, a jakiś ambasador może kiedyś w pobliżu niego przejeżdżał, ale na pewno nie opuszczając samochodu ;-). Na szczęście mieli pokój z łazienką za 130 pesos więc zostaliśmy. Pokoik nie był za duży i za piękny, ale wrzuciliśmy do niego bagaże i poszliśmy szukać jakiejś informacji turystycznej. W porównaniu do Mendozy miasto było opustoszałe. Biura podróży były pozamykane – no cóż, w sumie była niedziela. O dziwo punkt informacji turystycznej był otwarty. Dostaliśmy tam trochę folderów i ulotek, ale wśród nich były tylko dwie dotyczące wypadów do Parku Tampalaya i Ischigualasto, którymi byliśmy zainteresowani. Poszliśmy na rynek gdzie w jednej z trzech czynnych knajpek zjedliśmy lunch – talerz regionalnych przekąsek. Jako, że było tam również WiFi, opublikowaliśmy wpis do bloga i wróciliśmy do hotelu z lekka przerażeni, że w takim nudnym mieście spędzimy kolejne 3 dni.

Marta postanowiła wykorzystać swoją znajomość hiszpańskiego w celu zagadnięcia pani w recepcji czy może nam jakoś pomóc w zorganizowaniu wyprawy do parków. Po telefonie do Inca Expediciones okazało się, że mają w ofercie interesujące nas wycieczki, ale nie ma w tej chwili minimalnej liczby osób żeby na nie pojechać. Poza tym ich ceny były kosmiczne. Okazało się jednak, że znów los nam sprzyja. Recepcjonistka powiedziała nam że jest w hotelu ośmioro Niemców, którzy następnego dnia wyjeżdżają do parków narodowych na dwudniową wycieczkę. Mają wrócić o ósmej wraz z organizatorem wycieczki, Mario i możemy się dogadać żeby do nich dołączyć. Ufni w tradycyjną polsko-niemiecką przyjaźń poszliśmy na spacer i napić się coli.

O 20.00 bylismy z powrotem w hotelu. Po kilkunastu minutach pojawili się Niemcy. Okazało się że podróżują w osiem osób po Argentynie pod opieką pilotki, która oczywiście nie miała nic przeciwko temu, żebyśmy do nich dołączyli. Cena 2 dniowej wycieczki zaprezentowana przez Mario, Argentyńczyka, były akceptowalna i wynosiła od osoby po 180 peso za transport minibusem + 130 peso za wejścia do parków i przewodników + 45 peso za nocleg + zrzutka na kolację, którą sami zrobimy. Dobiliśmy więc targu i udaliśmy się na kolację do restauracji La Casona Vieja polecanej nam przez recepcjonistkę. Po drodze zobaczyliśmy, że La Rioja wciągu ostatnich kilku godzin przeżyła metamorfozę… Na ulicach pojawili się ludzie, zapaliły się neony, otworzyły się knajpki zamknięte w dzień na cztery spusty. La Rioja nie była już taka szara i brzydka. W restauracji zobaczyliśmy naszych znajomych Niemców i zostaliśmy doproszeni do wspólnego stołu. Zamówiliśmy sobie lomo (czyli wołowinkę z grilla) a punto czyli średnio wysmażoną, a do tego butelkę lokalnego wina.